Logo Parafia Rzymskokatolicka pw. Chrystusa Króla w Chojnie Archidiecezja Poznańska Parafia – wspól

św. January, biskup i męczennik

Świadectwo krwi silniejszej niż śmierć

Święty January, biskup Benewentu, i tajemnica wierności aż po ofiarę życia
Pasterz zrodzony z antycznej Kampanii

Żyzne równiny Kampanii, rozciągające się pod czujnym okiem Wezuwiusza i opasane wieńcem apenińskich wzgórz, stanowiły w trzecim stuleciu przestrzeń głębokich przemian duchowych. W cieniu rzymskich bazylik, forów i pogańskich świątyń rodził się nowy lud, który w tajemnicy chrztu świętego odnalazł wolność niedostępną dla cezarocezarów i namiestników. W tym krajobrazie przyszedł na świat January, latorośl szlachetnego rodu, której przeznaczeniem stało się nie zarządzanie dobrami doczesnymi, lecz przewodzenie wspólnocie odkupionej Krwią Baranka. Od najwcześniejszych lat chłonął powagę chrześcijańskiego powołania, w którym modlitwa, miłosierdzie i wierność Ewangelii tworzyły zwartą, nierozerwalną całość.

Opatrzność wyznaczyła mu zadanie pasterzowania Kościołowi w starożytnym Benewencie, ważnym węźle komunikacyjnym i strategicznym punkcie na mapie Półwyspu Apenińskiego. Jako młody jeszcze wiekiem kapłan, January wyróżniał się nieskazitelną czystością obyczajów, roztropnością sądu i żarliwą troską o ubogich, którzy w jego domu zawsze znajdowali chleb i pociechę duchową. Gdy stolica biskupia zawakowała, wierni i duchowieństwo jednomyślnym głosem wskazali na niego jako na godnego następcę apostołów. Przyjmując świętą sakrę, January uświadamiał sobie z całą jasnością, że w epoce pogańskiego imperium mitra pasterska jest w istocie zapowiedzią cierniowej korony Zbawiciela.

Jego rządy pasterskie przypadły na czas pozornego spokoju, który wkrótce miał okazać się jedynie ciszą przed najstraszliwszą z burz. Biskup Benewentu nie tracił ani chwili na doczesne zaszczyty, lecz niestrudzenie objeżdżał powierzoną mu diecezję, umacniając parafie, formując lektorów i diakonów oraz przestrzegając trzodę przed pokusą powrotu do pogańskich bałwochwalstw. Posiadał niezwykłą umiejętność jednania zwaśnionych i podnoszenia upadłych na duchu, co czyniło zeń prawdziwego ojca i przewodnika w mrokach zbliżającej się godziny ciemności. Wierni widzieli w nim męża Bożego, który nie szuka niczego dla siebie, lecz całe swe istnienie składa w ofierze za powierzone mu dusze.

Cień edyktów nad winnicą Pańską

Rok 303 przyniósł kres względnej tolerancji i otworzył najkrwawszy rozdział w dziejach wczesnego chrześcijaństwa. Cesarz Dioklecjan, wspierany przez fanatycznego Maksymiana i Galeriusza, wydał serię edyktów nakazujących bezwzględne zniszczenie struktur Kościoła, zburzenie świątyń, spalenie świętych ksiąg oraz zmuszenie wszystkich poddanych pod groźbą tortur i śmierci do złożenia ofiar bóstwom państwowym. Imperium, drżące w posadach przed wewnętrznym rozkładem i najazdami barbarzyńców, usiłowało ratować jedność za cenę krwi wyznawców Ukrzyżowanego. W Kampanii wykonawcą bezwzględnej woli cesarskiej stał się namiestnik Drakoncjusz, a po nim okrutny Tymoteusz, dysponujący nieograniczoną władzą nad życiem poddanych.

Prześladowanie uderzyło z furią w pierwszym rzędzie w hierarchię kościelną, licząc na to, że rozproszenie pasterzy doprowadzi do zagłady całego stada. Zamknięto miejsca sprawowania Najświętszej Ofiary, a święte zgromadzenia zepchnięto w mroki katakumb, prywatnych domostw i niedostępnych górskich wąwozów. W tym dramatycznym czasie biskup January stał się opoką dla swej trzody, nie opuszczając posterunku i nie szukając ocalenia w ucieczce. Podtrzymywał wiarę wątpiących, karmił ukrywających się Chlebem Życia i przestrzegał przed zdradą, przypominając ewangeliczną przestrogę, że kto zaprze się Chrystusa przed ludźmi, tego Syn Człowieczy zaprze się przed Ojcem niebieskim.

Więzienia północnej Kampanii napełniły się wyznawcami, wśród których znaleźli się najgorliwsi słudzy ołtarza. W Pozzuoli, ważnym porcie handlowym, aresztowano diakona Sozjusza, męża o wielkiej świętości i przyjaciela biskupa Benewentu. Wieść o uwięzieniu Sozjusza oraz innych lektorów i diakonów dotarła do Januarego jako naglące wezwanie miłości pasterskiej, która nie zna lęku przed niebezpieczeństwem. Wiedział, że zbliżenie się do więziennych murów oznacza pewną śmierć, lecz obowiązek pocieszenia cierpiących braci okazał się potężniejszy niż instynkt samozachowawczy.

Odwiedziny w mrokach lochu

Poruszony pasterską miłością, January wyruszył w drogę do Pozzuoli, zabierając ze sobą wiernego diakona Festusa oraz lektora Dezyderiusza. Ich podróż była cichym pochodem ku męczeństwu, podczas którego każdy przebyty kilometr stanowił akt świadomego oddania życia Bogu. Przybywszy na miejsce, biskup zdołał dotrzeć do wilgotnych i ciemnych lochów, w których przetrzymywano skazańców, by objąć uwięzionego Sozjusza i jego towarzyszy ojcowskim uściskiem. Przyniósł im nie tylko strawę doczesną, lecz przede wszystkim sakramentalne umocnienie i błogosławieństwo Kościoła, które przemieniało podziemny karcer w przedsionek niebieskiej chwały.

Obecność nieznanego dostojnika, który z taką odwagą i czcią zwracał się do skazańców, nie umknęła czujności rzymskich strażników. Doniesiono natychmiast namiestnikowi Tymoteuszowi, że w więzieniu pojawił się przywódca sekty galilejskiej, zachęcający uwięzionych do oporu wobec praw cesarskich. January wraz z Festusem i Dezyderiuszem został natychmiast pochwycony, skuty w ciężkie żelazne kajdany i wtrącony do tej samej celi, stając się współwięźniem tych, którym spieszył z pociechą. Zamiast rozpaczy, loch rozbrzmiał wówczas hymnami dziękczynienia, a biskup dziękował Stwórcy za łaskę zjednoczenia z cierpieniami Chrystusa.

Więzienna cela stała się szkołą najwyższego męstwa, gdzie pasterz i jego owce przygotowywali się wspólnie do stoczenia decydującej walki. January przypominał swym towarzyszom, że cierpienia teraźniejsze nie mają żadnej wagi w porównaniu z chwałą, która ma się objawić w dniu Pańskim. W modlitewnym skupieniu znosili nieludzki zaduch, głód i brutalność oprawców, stając się jednym ciałem w miłości ukrzyżowanego Mistrza. W tych podziemiach wykuwała się nierozerwalna jedność męczenników, której żadna siła rzymskiego cezaryzmu nie była w stanie rozerwać.

Przed obliczem ziemskiego trybunału

Wkrótce nadszedł dzień publicznego procesu, który miał stać się dla pogańskiego namiestnika demonstracją władzy cesarstwa, a dla chrześcijan trybuną prawdy. January został postawiony przed sędziowskim fotelem Tymoteusza, otoczonym przez żołnierzy, liktorów i tłum gapiów żądnych krwawego widowiska. Namiestnik, widząc dostojeństwo i spokój biskupa, próbował zrazu podstępu, obiecując mu ocalenie, wysokie urzędy i łaskę cesarską w zamian za gest posłuszeństwa i złożenie kadzidła przed posągiem Jowisza. Wskazywał na młody wiek biskupa i szacunek, jakim się cieszył, wzywając go do porzucenia zgubnego, w jego mniemaniu, uporu.

Odpowiedź Januarego była jasna, stanowcza i pozbawiona jakiegokolwiek wahania. Wyznał z dumą, że jest chrześcijaninem i biskupem jedynego prawdziwego Boga, Stwórcy nieba i ziemi, a bożki pogańskie są jedynie martwymi dziełami ludzkich rąk lub siedliskiem demonów. Oświadczył, że żadna siła doczesna, żadne obietnice ani najwymyślniejsze groźby nie zdołają odłączyć go od miłości Chrystusowej. Spokojna odwaga hierarchy wywołała wściekłość Tymoteusza, który poczuł się upokorzony niewzruszoną postawą bezbronnego skazańca wobec całego pogańskiego zgromadzenia.

Rozpoczęły się nieludzkie katusze, mające na celu złamanie ducha wyznawcy. January został poddany chłoście rzymskimi biczami z ołowianymi kulkami, a jego ciało szarpano żelaznymi hakami, lecz z jego ust nie wydobył się żaden jęk skargi, lecz jedynie nieustanne wezwanie imienia Jezus. Tradycja hagiograficzna przekazuje, że gdy rozkazano wrzucić biskupa do rozpalonego pieca siarkowego, płomienie cofnęły się i nie wyrządziły mu żadnej krzywdy, podobnie jak niegdyś trzem młodzieńcom w piecu babilońskim. Cuda te zamiast opamiętania wywołały u sędziego jeszcze większy obłęd nienawiści, przypisujący ocalenie męczennika czarnoksięskim sztukom.

Cud w amfiteatrze w Pozzuoli

Widząc bezskuteczność dotychczasowych kaźni, namiestnik postanowił urządzić krwawe igrzyska w amfiteatrze Flawiuszów w Pozzuoli, rzucając Januarego i jego towarzyszy na pastwę dzikich bestii. W wyznaczonym dniu rzymskie trybuny zapełniły się tysiącami widzów, oczekujących z dzikim entuzjazmem na rozszarpanie skazańców przez zgłodniałe lwy i niedźwiedzie. Biskup Benewentu, wprowadzony na zakrwawioną arenę wraz z Sozjuszem, Prokulem, Festusem, Dezyderiuszem, Eutychesem i Akucjuszem, zachowywał majestat i pokój, wznosząc dłonie do modlitwy i błogosławiąc zebrany tłum.

Wypuszczone z podziemnych klatek drapieżniki runęły z rykiem w kierunku bezbronnych chrześcijan, lecz zbliżywszy się do biskupa, nagle zatrzymały się w biegu, jakby powstrzymane niewidzialną dłonią Anioła Pańskiego. Ku ogromnemu zdumieniu i przerażeniu widzów bestie utraciły całą swą wrodzoną drapieżność, podeszły łagodnie do klęczącego Januarego i zaczęły kłaść się u jego stóp, liżąc jego dłonie i szaty w geście uległości. Zwierzęta okazały większe poszanowanie dla świętości i dostojeństwa stworzenia Bożego niż pogańscy sędziowie zaślepieni pychą i nienawiścią.

Cud w amfiteatrze wywołał poruszenie wśród zgromadzonych; w tłumie zaczęły rozlegać się głosy podziwu dla Boga chrześcijan, a wielu pogan w tym jednym momencie przeżyło wstrząs łaski i nawrócenie serca. Zrozpaczony Tymoteusz, obawiając się wybuchu zamieszek i utraty autorytetu, nakazał natychmiastowe wyprowadzenie męczenników z areny i przerwanie igrzysk. Gniew namiestnika doszedł do szczytu, gdy według starożytnych podań nagle dotknęła go chwilowa ślepota, z której został uleczony dopiero po wielkodusznej modlitwie przebaczającego mu Januarego. Mimo to zatwardziałe serce urzędnika nie uległo skrusze, lecz przypieczętowało wyrok śmierci.

Ścięcie na wulkanicznych polach

Ostatecznym miejscem kaźni świętego biskupa i jego sześciu towarzyszy stał się płaskowyż w pobliżu wulkanu Solfatara pod Pozzuoli, znany jako Forum Vulcani. Był to ponury, surowy krajobraz przesiąknięty oparami siarki, wyziewami podziemnych ogni i szarym popiołem wulkanicznym, stanowiący dramatyczną scenerię dla ostatniego aktu ziemskiego dramatu. Dnia 19 września 305 roku kohorta rzymskich żołnierzy doprowadziła skazańców na miejsce stracenia, gdzie czekał już kat z obnażonym mieczem. Męczennicy kroczywszy na śmierć, śpiewali psalmy, radując się, że zostali uznani za godnych cierpienia dla Imienia Jezus.

January jako pasterz i przewodnik duchowy podszedł do pnia jako pierwszy, pragnąc swym przykładem dodać męstwa współbraciom. Uklęknąwszy na kamienistej ziemi, odmówił ostatnią modlitwę za swój Kościół w Benewencie, za lud Kampanii, a także za swoich oprawców, prosząc Ojca niebieskiego o odpuszczenie ich win. Wyciągnął spokojnie szyję pod cios miecza, oddając swego ducha w ręce Boga w chwili, gdy ostrze przecięło tętnice. Zaraz po nim śmierć ponieśli diakoni i lektorzy, dopełniając kielicha ofiary i łącząc swą krew z krwią swego arcypasterza w jednym uroczystym akcie liturgicznym.

Śmierć Januarego i jego towarzyszy nie była klęską, lecz wspaniałym zwycięstwem wiary nad doczesną przemocą imperium. W chwili gdy ciało pasterza opadało bez życia na ziemię, niebo otwierało swe podwoje przed nowymi zastępami zwycięzców odzianych w szaty wybielone we Krwi Baranka. Pogański sędzia mógł odebrać im jedynie doczesny oddech, lecz nie zdołał zniszczyć dziedzictwa prawdy, które na zawsze zakorzeniło się w sercach chrześcijan południowej Italii. Miejsce stracenia, spowite wulkanicznym dymem, stało się ołtarzem, z którego wzniosła się ku Bogu najczystsza woń eucharystycznej ofiary.

Euzebia i dar drogocennych ampułek

Zgodnie z okrutnym rzymskim prawem ciała skazańców miały zostać pozostawione na pastwę dzikiego ptactwa i psów, aby pamięć o nich zaginęła bez śladu. Jednak w tłumie gapiów obecna była pobożna chrześcijanka, znana w tradycji pod imieniem Euzebia, która z narażeniem własnego życia postanowiła ocalić choćby cząstkę doczesnych szczątków umiłowanego hierarchy. Kiedy żołnierze oddalili się po dokonaniu egzekucji, niewiasta podeszła do stygnącego ciała męczennika i z najwyższą czcią zaczęła zbierać spływającą krew do dwóch niewielkich szklanych ampułek, zamykając w nich bezcenny skarb wiary.

Ten prosty, a zarazem heroiczny czyn stał się początkiem wielowiekowej historii kultu, który przerosnąć miał ramy regionalne i wpisać się w świadomość całego chrześcijaństwa. Zebrana krew, wsiąkająca w porowaty kamień wulkaniczny, została zachowana przez Euzebię jako świadectwo wierności aż do ostatniej kropli. Ciało świętego biskupa zostało początkowo pochowane w pobliżu miejsca męczeństwa, lecz pamięć o jego grobie była pieczołowicie strzeżona przez miejscową gminę chrześcijańską, która w cichych modlitwach przyzywała jego wstawiennictwa w trudnych chwilach dziejowych.

Przechowywane w ukryciu relikwie przetrwały kolejne stulecia zamętu, upadek cesarstwa zachodniego i najazdy barbarzyńskich plemion, stając się najcenniejszą perłą Kościoła neapolitańskiego. Krew zamknięta w szkle nie była dla wiernych jedynie pamiątką historyczną, lecz żywym znakiem obecności łaski, która nie podlega prawom przemijania. W tym skromnym darze pobożnej niewiasty złożył Bóg obietnicę przymierza ze społecznością, która w postaci Januarego odnalazła swego wiecznego ojca i orędownika przed tronem Najwyższego.

Przeniesienie relikwii i opieka nad Neapolem

W piątym stuleciu, gdy pokój konstantyński pozwolił na jawny rozwój kultu świętych, biskup Neapolu, święty Sewer, podjął decyzję o uroczystym przeniesieniu doczesnych szczątków Januarego z Pozzuoli do katakumb w Neapolu, nazwanych odtąd jego imieniem. Przeniesienie to stało się momentem ostatecznego związania losów męczennika z miastem położonym nad błękitną zatoką. Tradycja głosi, że to właśnie w chwili owego uroczystego pochodu ampułki z krwią po raz pierwszy znalazły się w pobliżu głowy świętego, a zakrzepła ciecz natychmiast powróciła do stanu płynnego, dając początek słynnemu znakowi cudu.

Droga relikwii Januarego przez wieki była jednak burzliwa i pełna dramatycznych zwrotów. W IX wieku, podczas najazdów longobardzkich, książę Sico wywózł ciało patrona do Benewentu, skąd w XII stuleciu trafiło ono do słynnego opactwa Montevergine, gdzie spoczywało w zapomnieniu przez ponad trzysta lat. Mieszkańcy Neapolu nigdy jednak nie pogodzili się z utratą swego skarbu i niestrudzenie zabiegali o jego odzyskanie. Dopiero w 1497 roku, dzięki staraniom potężnego rodu Carafa, kości świętego biskupa powróciły triumfalnie do katedry neapolitańskiej, gdzie umieszczono je we wspaniałej renesansowej krypcie Succorpo.

Od tego momentu Neapol i January stali się jednością nie do rozerwania. Miasto wielokrotnie doświadczało potęgi orędownictwa swego patrona w obliczu straszliwych kataklizmów, które nieustannie zagrażały jego istnieniu. Kiedy Wezuwiusz wyrzucał ze swych trzewi rzeki rozżarzonej lawy, a chmury popiołu zasłaniały słońce, lud neapolitański wznosił w procesji relikwie męczennika ku wulkanowi, a zagłada zatrzymywała się u bram miasta. Podobnie działo się w czasie epidemii dżumy i cholery, gdy modlitwa przed krwią Januarego przynosiła ocalenie ginącej ludności.

Fenomen krwi jako znak Bożego przymierza

Niezwykłe zjawisko upłynniania się krwi świętego Januarego, dokonujące się regularnie w katedrze w Neapolu trzy razy w roku – w sobotę przed pierwszą niedzielą maja, w dniu jego święta 19 września oraz 16 grudnia, w rocznicę ocalenia przed wybuchem Wezuwiusza z 1631 roku – stanowi jeden z najbardziej fascynujących fenomenów w dziejach chrześcijaństwa. Ciemna, twarda masa spoczywająca w hermetycznie zamkniętych naczyniach, na oczach tysięcy modlących się wiernych i w obecności duchowieństwa, zmienia swą konsystencję, barwę i objętość, stając się żywoczerwoną, pulsującą cieczą. Towarzyszy temu często zmiana wagi relikwiarza, która wymyka się prawu zachowania masy.

Fenomen ten był wielokrotnie badany przez naukowców różnych dyscyplin, w tym spektroskopów, chemików i fizyków, którzy za pomocą nowoczesnej aparatury optycznej potwierdzili bez cienia wątpliwości, że badana substancja posiada widmo charakterystyczne dla prawdziwej ludzkiej krwi. Pomimo licznych prób formułowania hipotez z zakresu tiksotropii czy reakcji chemicznych, żadna teoria naturalistyczna nie zdołała w sposób wyczerpujący i powtarzalny wyjaśnić mechanizmu tego procesu w warunkach panujących w neapolitańskiej kaplicy. Kościół podchodzi do tego znaku z wielką roztropnością, nie czyniąc zeń dogmatu wiary, lecz odczytując go jako wezwanie do nawrócenia.

Dla ludu neapolitańskiego cud krwi nie jest naukową osobliwością ani magicznym talizmanem, lecz dialogiem miłości pomiędzy pasterzem a jego owcami, znakiem żywej i nieustannej opieki Boga nad miastem. Kiedy krew się upłynnia, w katedrze rozbrzmiewa radosny hymn dziękczynienia Te Deum, a ulice napełniają się pokojem i nadzieją. Brak upłynnienia, który zdarzał się w przededniu wielkich tragedii, wojen czy trzęsień ziemi, jest natomiast odczytywany jako wezwanie do pokuty, postu i radykalnej rewizji życia w świetle Ewangelii. W ten sposób starożytne męczeństwo nieustannie rzuca swe światło na współczesną historię.

Kaplica Skarbu jako pomnik wdzięczności ludu

Świadectwem bezgranicznej miłości Neapolu do Januarego jest Królewska Kaplica Skarbu Świętego Januarego, wzniesiona w katedrze neapolitańskiej w XVII wieku na mocy uroczystego ślubu złożonego przez obywateli w czasie zarazy. To miejsce nie podlega jurysdykcji kurii arcybiskupiej, lecz od wieków jest zarządzane przez świecką Deputację reprezentującą naród i historyczne dzielnice miasta. Wspaniałość barokowego wystroju, freski Domenichina i Jusepe de Ribery oraz srebrne popiersia patronów tworzą oprawę dla tajemnicy, która gromadzi ludzi ze wszystkich warstw społecznych, od arystokracji po najuboższych mieszkańców zaułków Spaccanapoli.

W skarbcu kaplicy gromadzono przez stulecia dary wotywne królów, papieży, cesarzy i prostych rybaków, tworząc kolekcję klejnotów i dzieł sztuki złotniczej uznawaną za jedną z najbogatszych na świecie. Słynna mitra biskupa Januarego, wysadzana tysiącami diamentów, rubinów i szmaragdów, oraz złoty naszyjnik z zawieszkami ofiarowanymi przez monarchów z całej Europy, nie są jednak wyrazem próżności, lecz materialnym zapisem cudów, uzdrowień i ocalenia od niebezpieczeństw. Każdy kamień w tym skarbcu kryje za sobą historię ludzkiego cierpienia, które znalazło ukojenie we wstawiennictwie męczennika.

Najważniejszym elementem kaplicy pozostaje jednak proste tabernakulum za ołtarzem, zamykane na dwa różne klucze – jeden przechowywany przez arcybiskupa, a drugi przez przedstawiciela władz miejskich – w którym spoczywa relikwiarz z ampułkami. W tym geście podwójnego klucza zawiera się głęboka mądrość o nierozerwalnym splocie sacrum i profanum w dziejach społeczności, która w obliczu ostatecznych wyzwań szuka oparcia w świętości swego pasterza. Kaplica Skarbu jest żywym sercem Neapolu, w którym historia spotyka się z wiecznością.

Głos krwi wołający ku współczesności

Postać świętego Januarego nie należy do zamkniętej przeszłości, lecz przemawia z niezwykłą mocą do Kościoła trzeciego tysiąclecia, zmagającego się z nowymi, wyrafinowanymi formami odrzucenia Boga. W świecie, który pragnie zredukować ludzką egzystencję do doczesnego dobrobytu i unika za wszelką cenę trudu cierpienia, biskup Benewentu przypomina, że istnieją dobra wyższe niż samo biologiczne przetrwanie. Jego krew, wciąż na nowo ożywająca w dłoniach Kościoła, woła o radykalizm wiary, która nie lęka się płynąć pod prąd dominujących mód myślowych i politycznych nacisków.

January uczy nas również istoty pasterskiej posługi, która znajduje swe wypełnienie nie w administracyjnej sprawności czy dyplomatycznych układach, lecz w gotowości oddania życia za braci. Jego odwaga w nawiedzaniu uwięzionych w Pozzuoli stawia wymagające pytania o naszą solidarność z chrześcijanami prześladowanymi za wiarę we współczesnym świecie, na Bliskim Wschodzie, w Azji i Afryce. Świadectwo starożytnych męczenników z Kampanii jest lustrem, w którym współczesny uczeń Chrystusa musi przyjrzeć się swej gotowości do ponoszenia ofiar w obronie prawdy Ewangelii.

Wpatrując się w tajemnicę świętego Januarego, Kościół odnawia swą wiarę w zwycięstwo Chrystusa nad grzechem i śmiercią. Niechaj krew tego mężnego biskupa, zachowana przez wieki jako widomy znak nadprzyrodzonego działania Ducha Świętego, wyprasza nam męstwo w wyznawaniu wiary, dar głębokiej jedności w rodzinach i społecznościach oraz tę świętą nadzieję, która pozwala przekraczać próg lęku przed przemijaniem. Pasterz z Benewentu, orędując za nami przed obliczem Trójcy Przenajświętszej, niech prowadzi nas bezpiecznie przez burze doczesności ku światłości Królestwa Bożego.


[1] Martyrologium Romanum, Editio Typica, Typis Vaticanis, Civitas Vaticana, 2004, s. 527–528.

[2] Missale Romanum, Editio Typica Tertia, Typis Vaticanis, Civitas Vaticana, 2002, s. 837.

[3] Biblia Tysiąclecia, Wydanie V, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań, 2003.

[4] Acta Sanctorum, Septembris, Tomus VI, De S. Januario episcopo et sociis martyribus Puteolis in Campania, Socii Bollandiani, Antverpiae, 1757, s. 761–894.

[5] F. Carafa, De miraculo sanguinis Sancti Januarii, Ex Typographia Aegidii Longhi, Neapoli, 1632, s. 1–124.

[6] H. Thurston, The Blood Miracles of Naples, The Month, London, 1927, s. 1–45.


(*) Wizerunki świętych i błogosławionych oraz inne grafiki generowane przez AI na podstawie opisów i innych dostępnych materiałów graficznych.

powrót do kategorii
Poprzedni Następny

Pozostałe
wydarzenia