św. Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła
Złotousty świadek Prawdy i męczeństwo wygnania
O pasterskim męstwie, sakramencie ubogiego i nieugiętej wierności św. Jana Chryzostoma
Milczenie syryjskich skał i szkoła pustyni
W surowym krajobrazie syryjskiego pustkowia, gdzie nagie skały palone są żarem dnia i chłodzone nocnym wichrem, wykuwało się serce człowieka, który miał wstrząsnąć sumieniem cesarskiego Bizancjum. Młody Jan, syn Sekundusa i Antuzy, odebrał w rodzinnej Antiochii nad Orontesem wykształcenie najprzedniejsze, pobierając nauki retoryki u słynnego pogańskiego mówcy Libaniusza. Gdy jednak otwierała się przed nim szeroka droga urzędniczych zaszczytów i palestry, głos łaski okazał się potężniejszy niż powaby doczesnej kariery. Zstępując w wody chrzcielne, Jan umarł dla świata pogańskich iluzji, by narodzić się dla ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Pana. To radykalne zerwanie z duchem epoki zaprowadziło go wprost w milczenie górskich eremów, gdzie przez lata zmagał się z własną słabością, zgłębiając tajemnicę Pisma Świętego.
Pustynia nie była dla niego ucieczką przed ludźmi, lecz najgłębszym wejściem w istotę duchowej walki, w której orężem stawały się nieustanna modlitwa, post i kontemplacja. W skalnej pieczarze, pozbawiony snu i ciepła, trawił noce na rozważaniu Słowa, które przenikało jego umysł do szpiku kości. To tam właśnie, pośród bezwzględnego ogołocenia, zrodziła się owa niezwykła przejrzystość myśli, wolna od jakichkolwiek ziemskich kompromisów. Jan nauczył się patrzeć na doczesność z perspektywy ostatecznego trybunału Chrystusa, przez co żaden ludzki majestat nie mógł już nigdy napełnić go lękiem. Skrajna asceza zrujnowała wprawdzie jego żołądek i wątłe siły fizyczne, lecz hart ducha, jaki zyskał w samotności, uczynił zeń kolumnę niewzruszonej wiary.
Posłuszeństwo woli Bożej nakazało mu opuścić erem i powrócić do wrzącej życiem Antiochii, by to, co zyskał w ukryciu, przekazać ludowi spragnionemu prawdy. Święcenia diakonatu, a następnie prezbiteratu przyjęte w 386 roku z rąk biskupa Flawiana, otworzyły przed nim przestrzeń ambony. Jan wszedł na nią nie jako urzędnik kultu, lecz jako płonąca pochodnia, która miała rozpraszać mroki moralnego relatywizmu. Jego słowo, zrodzone na pustkowiu, posiadało siłę rażenia pioruna, uderzając wprost w uśpione sumienia mieszkańców wielkiej metropolii Wschodu.
Płomień słowa na antiocheńskiej ambonie
Przez dwanaście lat posługi kapłańskiej w Antiochii Jan rozlewał obficie strumienie ewangelicznej mądrości, które późniejsze pokolenia skłoniły do nadania mu przydomka Chryzostom, czyli Złotousty. W jego kazaniach nie było taniego popisu oratorskiego ani pochlebstw pod adresem możnych; była to żywa, pulsująca egzegeza biblijna, w której każde zdanie Pisma stawało się wezwaniem do przemiany obyczajów. Tłumy zapełniające bazylikę słuchały go w nabożnym milczeniu, przerywanym niekiedy wybuchami aplauzu, które kaznodzieja natychmiast uciszał, przypominając, że jedynym godnym owocem kazania są łzy pokuty i uczynki miłosierdzia. W centrum jego przepowiadania stał zawsze Chrystus obecny w Ewangelii i w sakramentach Kościoła.
Godzina najcięższej próby dla Antiochii wybiła w 387 roku, gdy na tle uciążliwych podatków wybuchł gwałtowny bunt, w czasie którego wzburzony motłoch obalił i powlókł po ulicach posągi cesarza Teodozjusza Wielkiego oraz jego zmarłej małżonki Flacylli. Widmo bezwzględnej pacyfikacji, spalenia miasta i rzezi bezbronnych mieszkańców spowiło metropolię grozą śmiertelnego lęku. Bogaci uciekali w popłochu, sądy zapełniły się skazańcami, a na placach stanęły katowskie rusztowania. Wtedy właśnie, w dniach Wielkiego Postu, Jan wstąpił na ambonę, wygłaszając nieśmiertelne homilie „O posągach”, które stały się duchową tarczą dla przerażonego ludu.
Kaznodzieja nie lękał się wskazywać na grzech jako korzeń wszelkiego nieszczęścia, wzywając mieszkańców do szczerego żalu i odrzucenia pogańskich nałogów. Ukazywał nicość doczesnej chwały, która w jednej chwili może obrócić się w popiół, i wskazywał na niebiańską ojczyznę jako jedyną trwałą nadzieję człowieka. W czasie gdy sędziwy biskup Flawian podjął uciążliwą podróż do Konstantynopola, by błagać cesarza o ułaskawienie, Jan podtrzymywał w wiernych płomień modlitwy. Zwycięstwo ducha nad strachem stało się faktem: cesarz przebaczył, a Złotousty zyskał miano niekoronowanego pasterza dusz, którego sława dotarła do samego serca rzymskiego imperium.
Podstępna purpura i stolica nad Bosforem
Gdy na stolicy biskupiej Nowego Rzymu zmarł w 397 roku patriarcha Nektariusz, oczy cesarskiego dworu zwróciły się ku słynnemu kapłanowi z Antiochii. Wszechwładny minister Eutropiusz, kierując się kalkulacją polityczną i pragnieniem zyskania poklasku u ludu, postanowił za wszelką cenę osadzić Jana na katedrze w Konstantynopolu. Wiedząc jednak, że święty mąż nigdy nie zgodzi się opuścić swej owczarni, posłużono się bezwzględnym podstępem. Pod pozorem załatwienia pilnych spraw wezwano Jana za bramy Antiochii, gdzie został podstępnie pochwycony przez cesarskich żołnierzy i w zamkniętym wozie powieziony setki mil na północ, wprost nad wody Bosforu.
Konsekracja biskupia, której w lutym 398 roku z jawna niechęcią musiał udzielić ambitny Teofil, patriarcha Aleksandrii, uczyniła z Jana pasterza najważniejszego kościoła na Wschodzie. Nowy arcybiskup zastał stolicę imperium uśpioną w duchowej martwocie, gdzie chrześcijańska wiara mieszała się z pogańskim blichtrem, a pałacowy luksus suto opłacany był łzami uciemiężonych. Wbrew nadziejom dworzan Jan nie stał się ozdobą imperialnych ceremonii ani powolnym narzędziem w rękach władców. Wstępując w mury katedralnej bazyliki Hagia Sophia, niósł w sercu ten sam żar ascezy, który niegdyś kazał mu zamieszkać w syryjskiej jaskini.
Od pierwszego dnia swego pontyfikatu Jan rozpoczął bezkompromisowe oczyszczanie świątyni i pałacu arcybiskupiego. Zlikwidował wystawne przyjęcia, usunął jedwabne kotary i srebrne naczynia, a uzyskane w ten sposób złoto przeznaczył na budowę szpitali, przytułków dla ubogich i domów opieki dla pielgrzymów. Sam jadał samotnie skromne posiłki złożone z chleba i wody, co arystokracja poczytywała za skandal i obrazę majestatu. Od duchowieństwa zażądał bezwzględnego posłuszeństwa Ewangelii, znosząc haniebny obyczaj zamieszkiwania z niewiastami i odsyłając do macierzystych diecezji tych kapłanów, którzy szukali posad na dworze cesarskim.
Dwa ołtarze i sakrament ubogiego brata
W nauczaniu św. Jana Chryzostoma teologia nie była nigdy abstrakcyjną spekulacją, lecz zawsze wcielała się w radykalizm miłości miłosiernej. Złotousty z niezrównaną mocą głosił prawdę o istnieniu dwóch nierozłącznych ołtarzy: ołtarza wzniesionego w świątyni, na którym sprawowana jest Ofiara eucharystyczna, oraz ołtarza, którym jest ciało głodnego, zziębniętego i poniewieranego nędzarza. Ostrzegał wiernych przed złudzeniem pobożności, która zadowala się ozdabianiem ścian kościoła złotem, podczas gdy żywe świątynie Ducha Świętego umierają z głodu na progach cesarskich pałaców. Kto pomija ubogiego, ten nie potrafi rozpoznać Chrystusa w łamanym Chlebie.
Z ambon stolicy rozlegał się głos pasterza, który bez lęku piętnował chciwość bogaczy, ukazując, że ziemskie dobra zostały stworzone przez Boga dla wszystkich ludzi, a nie dla nielicznej garstki uprzywilejowanych. Nauczał z naciskiem, że nadmiar posiadania jest w istocie kradzieżą dokonywaną na tych, którzy nie mają nawet kawałka chleba. W jego słowach nie było jednak chęci niszczenia porządku społecznego, lecz pragnienie ocalenia dusz tych, których bogactwo prowadziło prosto w przepaść potępienia. Złotousty domagał się od elit opamiętania, ukazując, że jałmużna nie jest aktem łaski ze strony możnego, lecz spłatą długu sprawiedliwości.
Ten eucharystyczny realizm arcybiskupa budził wściekłość wśród senatorów i bogatych dam konstantynopolitańskich, które wolały słuchać o tajemnicach Trójcy Świętej niż o obowiązku wyzwolenia swych niewolników. Jan nie cofał się jednak ani o krok. Każdego dnia stawał po stronie bezbronnych, sierot i wdów, sprawiając, że kościół stawał się jedynym azylem dla ludzi zdeptanych przez machinę imperialnego ucisku. W ten sposób pasterz budował żywy Kościół, złączony węzłem prawdy i braterstwa, który w obliczu nadchodzącego sztormu miał okazać się trwalszy niż kamienne mury cesarskiego grodu.
Boska Liturgia i drżenie anielskich chórów
Tradycja Kościoła powszechnego na zawsze związała imię biskupa Jana ze sprawowaniem Najświętszej Ofiary, utrwalając jego ducha w formularzu Boskiej Liturgii, która do dziś rozbrzmiewa w świątyniach chrześcijańskiego Wschodu. Dla Chryzostoma ołtarz był miejscem, gdzie Niebo dotyka ziemi, a święte obrzędy uobecniają tę samą ofiarę, którą Zbawiciel złożył na drzewie krzyża. Kapłan stojący przed ołtarzem nie działa we własnym imieniu, lecz użycza swych ust i rąk Jedynemu Arcykapłanowi, Jezusowi Chrystusowi, podczas gdy niewidzialne chóry serafinów i cherubinów z drżeniem asystują przy dokonującym się cudzie przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Pana.
Złotousty pisał w swych traktatach o niepojętej godności kapłaństwa, wskazując, że szafarz tajemnic Bożych otrzymał władzę, jakiej Stwórca nie powierzył nawet aniołom ani archaniołom. Jednocześnie z najwyższą surowością napominał tych, którzy ważyli się podchodzić do Komunii świętej w sposób lekkomyślny, bez uprzedniego obmycia sumienia we łzach szczerej pokuty i bez pojednania z bliźnim. Eucharystia była dla niego żywym ogniem, który rozgrzewa i uświęca serca przygotowane na przyjęcie łaski, lecz obraca w popiół tych, którzy świętokradczo wyciągają ręce po chleb anielski, trwając w uporze grzechu i nienawiści.
Liturgia sprawowana pod przewodnictwem Złotoustego stawała się dla wiernych szkołą kontemplacji i przedsmakiem wiekuistej szczęśliwości. Jan wprowadzał nocne czuwania i uroczyste procesje ze śpiewem psalmów, aby przeciwstawić się heretyckim wpływom arian, którzy usiłowali zatruwać umysły ludu swymi błędami. Śpiew rozbrzmiewający na ulicach Konstantynopola łączył serca prostych rzemieślników i żeglarzy, tworząc z nich jedną rodzinę dzieci Bożych. Liturgia była sercem jego pasterskiej misji, zeń czerpał siłę do stawiania czoła złości tego świata i do trwania przy Chrystusie aż do ostatecznego ogołocenia.
Błyskawice nad Bosforem i gniew cesarzowej
Świętość życia arcybiskupa i jego nieugiętość w obronie prawa Bożego nieuchronnie doprowadziły do otwartego konfliktu z cesarskim dworem. Na czele stronnictwa wrogiego pasterzowi stanęła cesarzowa Aelia Eudoksja – niewiasta dumna, porywcza i żądna władzy, która nie mogła znieść obecności hierarchy niepoddającego się jej kaprysom. Gdy Jan z ambony piętnował pychę kobiet strojących się w złoto i dokonujących grabieży mienia ubogich, Eudoksja natychmiast odnosiła te słowa do siebie, widząc w nich zniewagę cesarskiego majestatu. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy arcybiskup wstawił się za wdową po skazanym na śmierć urzędniku, której bezprawnie skonfiskowano winnicę.
Wokół zranionej dumy cesarzowej zaczęła gromadzić się koalicja ludzi pałających nienawiścią do Złotoustego. Byli wśród nich zdeprawowani duchowni, którym odebrał beneficja za symonię i gorszące życie, chciwi arystokraci demaskowani w kazaniach oraz trzy wpływowe, bogate matrony – Marsa, Kastrycja i Eugrafia – poprzysięgające Janowi zgubę. Do tego grona dołączył szybko Teofil Aleksandryjski, który nigdy nie wybaczył Janowi objęcia stolicy w Konstantynopolu i tylko czekał na sposobność, by zadać cios znienawidzonemu rywalowi. Pod pozorem obrony prawowierności przygotowano plan bezwzględnego obalenia prawowitego biskupa.
Jan był w pełni świadom zagęszczających się wokół niego ciemności, lecz odrzucał wszelkie rady wzywające do uległości i dyplomatycznego milczenia. Wiedział doskonale, że pasterz, który milczy w obliczu krzywdy powierzonych mu owiec, staje się najemnikiem i wspólnikiem zła. Z ambony Hagia Sophia padały słowa o nieprzemijającej wartości męczeństwa za prawdę, które jednych napełniały otuchą, innych zaś doprowadzały do wściekłości. Burza, która miała zmieść Złotoustego z patriarszego tronu, zbierała się z przerażającą szybkością nad wodami Marmara.
Sąd najemników pod gałęziami Dębu
W 403 roku Teofil z Aleksandrii przybył do Konstantynopola na czele eskadry statków wiozących egipskich biskupów oraz ogromne ilości złota przeznaczonego na przekupstwo dworzan. Zamiast stanąć przed sądem za własne zbrodnie, jak nakazywało pierwotne wezwanie cesarskie, Teofil, wspierany przez mściwą Eudoksję, przekształcił się w oskarżyciela i sędziego. W posiadłości Rufinianai pod Chalcedonem, zwanej ze względu na rosnące tam drzewo Synodem pod Dębem, zebrano grono trzydziestu sześciu wrogich Janowi hierarchów. W atmosferze bezprawia i zastraszenia sfabrykowano kilkadziesiąt absurdalnych zarzutów, oskarżając Złotoustego o obrazę cesarzowej, zdradę stanu, a nawet o świętokradztwo.
Jan, otoczony w swym pałacu przez czterdziestu wiernych biskupów, odmówił stawienia się przed zgromadzeniem, w którym jego jawni wrogowie byli jednocześnie prokuratorami i sędziami. Zażądał zwołania sprawiedliwego, wolnego soboru powszechnego i odwołał się do biskupa Rzymu. Pomimo braku jakichkolwiek dowodów rebeliancki synod wydał zaoczny wyrok potępiający i deponujący Jana z urzędu, przekazując sprawę władzy świeckiej z sugestią kary śmierci za obrazę majestatu. Słaby i uległy cesarz Arkadiusz podpisał bez wahania edykt skazujący biskupa na wygnanie do Bitynii.
Na wieść o wyroku w stolicy wybuchły gwałtowne zamieszki; wierny lud otoczył katedrę żywym murem, gotów bronić swego ojca do upadłego. Jan, nie chcąc dopuścić do rozlewu krwi na ulicach, oddał się potajemnie w ręce żołnierzy, którzy wywieźli go pod osłoną nocy przez Bosfor. Jednakże tej samej nocy potężne trzęsienie ziemi wstrząsnęło Konstantynopolem, a w cesarskim pałacu rozległy się krzyki przerażonej Eudoksji, która w kataklizmie rozpoznała karzącą dłoń Boga. Zastraszony dwór natychmiast cofnął edykt; lud z płonącymi pochodniami wypłynął setkami łodzi naprzeciw swemu pasterzowi, wprowadzając go z powrotem do bazyliki pośród łez radości i śpiewu psalmów.
Srebrny posąg i Wielka Noc skąpana we krwi
Wymuszony strachem pokój nie trwał jednak długo. Pycha cesarzowej Eudoksji szybko zatarła pamięć o grozie trzęsienia ziemi. Pod koniec 403 roku na placu Augustaion, tuż obok świątyni katedralnej, wzniesiono na wysokiej porfirowej kolumnie srebrny posąg cesarzowej. Odsłonięciu monumentu towarzyszyły dzikie igrzyska, hałaśliwe zabawy i tańce masek, które zakłócały nabożeństwa wewnątrz bazyliki. Jan, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, potępił te pogańskie ekscesy, widząc w nich powrót do bałwochwalstwa pod samym progiem Domu Bożego. Rozwścieczona Eudoksja uznała to za wypowiedzenie otwartej wojny.
Ostateczne uderzenie nastąpiło w najświętszy wieczór chrześcijańskiego roku – podczas Wigilii Paschalnej 404 roku. Gdy w baptysteriach Hagia Sophia sprawowano chrzest trzech tysięcy katechumenów, a bazylika jaśniała blaskiem tysięcy świec, do wnętrza świątyni wtargnęli uzbrojeni żołnierze pod wodzą wrogich biskupów. Doszło do bezprzykładnego świętokradztwa: obnażeni katechumeni uciekali w popłochu przed żelazem, posadzka zrosiła się krwią wiernych, a woda chrzcielna została zbezczeszczona. Zbrojni wdarli się do prezbiterium, potrącając kielichy z Przenajświętszą Krwią Chrystusa, która rozlała się na żołnierskie pancerze.
Jan został uwięziony w areszcie domowym, z którego bezskutecznie próbował słać apele o sprawiedliwość. W czerwcu 404 roku cesarz Arkadiusz wydał ostateczny dekret o bezterminowym wygnaniu arcybiskupa. Gdy pasterz opuszczał katedrę, w tajemniczy sposób wybuchł pożar, który w ciągu kilku godzin strawił doszczętnie wspaniałą bazylikę oraz gmach senatu. Wrogowie oskarżyli o podpalenie wiernych zwolenników Jana, zwanych janitami, rozpętując w mieście falę krwawych represji, tortur i konfiskat majątków. Pasterz został odcięty od swego stada, lecz jego duch pozostał niepokonany.
Górska twierdza w Kukuzus i listy nadziei
Miejscem zesłania Złotoustego stało się Kukuzus – zapomniana przez świat, surowa osada położona w dzikich górach Armenii, stale zagrożona najazdami koczowniczych band Isaurów. Wyczerpująca, trwająca ponad siedemdziesiąt dni podróż przez spaloną słońcem Anatolię była dla schorowanego biskupa prawdziwą drogą krzyżową. Pędzony w pyle i upale, pozbawiony koniecznych lekarstw, trapiony gorączką i bólami żołądka, Jan znosił udręki w milczeniu, łącząc swe cierpienia z męką Zbawiciela. Gdy po dotarciu na miejsce nadeszła surowa górska zima, pasterz musiał spędzać miesiące zamknięty w jednej izbie, uciekając przed lodowatym wichrem i dymem nieszczelnego pieca.
Jednakże to skaliste wygnanie nie zdołało stłumić głosu Złotoustego. Z małej izby w Kukuzus arcybiskup prowadził gigantyczną korespondencję, która uczyniła z armeńskiej twierdzy duchową stolicę ówczesnego chrześcijaństwa. Słał listy do wiernych w Konstantynopolu, podtrzymując ich na duchu i napominając, by nie wchodzili w łączność z uzurpatorami zasiadającymi na jego stolicy. Niezwykłym pomnikiem mistyki chrześcijańskiej stały się jego listy do diakonisy Olimpiady – kobiety o heroicznej cnocie, która za wierność Janowi znosiła prześladowania w stolicy. W pismach tych Chryzostom powtarzał niezłomnie, że człowiekowi nic nie może zaszkodzić, jeśli sam sobie nie zaszkodzi przez grzech.
Na Zachodzie sprawa Złotoustego spotkała się z jednorodzajową solidarnością. Papież Innocenty I stanowczo potępił bezprawie Synodu pod Dębem, odmówił uznania narzuconych przez dwór następców i zerwał komunię kościelną z Teofilem z Aleksandrii oraz innymi prześladowcami Jana. Rzym domagał się zwołania powszechnego soboru, który oczyściłby patriarchę z fałszywych zarzutów. Poselstwo wysłane przez papieża do Konstantynopola zostało jednak przez cesarską policję brutalnie zatrzymane, uwięzione i odesłane z powrotem do Italii. Imperialna pycha odrzuciła głos Następcy Piotra, pieczętując los niewinnego wygnańca.
Śmiertelny marsz ku krańcom imperium
Sława Złotoustego promieniująca z gór Armenii oraz nieustanny napływ pielgrzymów zdążających do Kukuzus, by choć raz ujrzeć świętego pasterza, napełniły jego wrogów wściekłym niepokojem. Zrozumieli, że dopóki Jan żyje, ich triumf pozostaje pozorny, a jego milczące świadectwo nieustannie ich oskarża. Latem 407 roku z pałacu cesarskiego nadszedł potworny rozkaz: przenieść więźnia w miejsce najbardziej odległe, dzikie i zabójcze dla jego zdrowia – do twierdzy Pityus, położonej na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego, u stóp Kaukazu, na samym krańcu cywilizowanego świata.
Eskortę powierzono dwóm bezwzględnym pretorianom, którym obiecano nagrodę i awanse, jeśli więzień nie dożyje celu podróży. Rozpoczął się trzymiesięczny, morderczy marsz przez bezdroża Pontu, prowadzony z wyrachowanym okrucieństwem. Zezwalano na marsz wyłącznie w największym upale słońca lub w strugach ulewnego deszczu, nie pozwalając sędziwemu, wycieńczonemu starcowi na żaden postój. W miastach i wsiach strażnicy zabraniali chrześcijanom zbliżania się do męczennika, zmuszając go do noclegów w wilgotnych ruinach lub pod gołym niebem, bez możliwości posiłku i ogrzania zziębniętych członków.
Ciało Jana, zniszczone latami ascezy i ciężką chorobą żołądka, odmawiało posłuszeństwa z każdym przebytym kilometrem. Trawiony nieustanną gorączką, w podartej i przemoczonej tunice, pasterz Nowego Rzymu posuwał się naprzód wyłącznie mocą ducha, który trwał w nieprzerwanej modlitwie. W jego sercu nie było miejsca na nienawiść do katów; każdy bolesny krok był dla niego kolejnym stopniem na drabinie upodobnienia się do Ukrzyżowanego. W połowie września 407 roku orszak dotarł w pobliże Komany w Poncie, gdzie siły cielesne Złotoustego wyczerpały się całkowicie.
Białe szaty i ostatnie dziękczynienie w Komanie
Gdy orszak minął mury Komany, Jan osunął się na ziemię i został złożony w przydrożnej kaplicy poświęconej wczesnochrześcijańskiemu męczennikowi, świętemu Bazyliszkowi. Tradycja hagiograficzna przekazuje, że w nocy ów męczennik ukazał się konającemu arcybiskupowi, wypowiadając prorocze słowa pokrzepienia: „Bądź dobrej myśli, bracie Janie, jutro bowiem będziemy razem”. O świcie 14 września 407 roku, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, żołnierze próbowali jeszcze zmusić umierającego do podjęcia dalszej drogi, lecz po przejściu kilkuset metrów stało się jasne, że życie z niego uchodzi. Zawrócono go pospiesznie do kaplicy.
Wiedząc, że wybiła godzina przejścia do Domu Ojca, Jan poprosił o zdjęcie zeń zniszczonej odzieży podróżnej i przywdział czyste, śnieżnobiałe szaty liturgiczne, przygotowane na dzień swej Paschy. Resztę swoich skromnych rzeczy rozdał obecnym przy nim ubogim, po czym przyjął po raz ostatni wiatyk – Przenajświętsze Ciało i Krew Zbawiciela. Następnie, leżąc przed ołtarzem, przeżegnał się z nabożeństwem, złożył ręce na piersi i wypowiedział swe ostatnie słowa, które stały się pieczęcią całego jego istnienia: „Chwała Bogu za wszystko”. Z tym dziękczynieniem na ustach oddał ducha Bogu.
Te ostatnie słowa Złotoustego, wypowiedziane w obliczu pozornego tryumfu niesprawiedliwości, wygnania, poniżenia i śmierci z rąk zbrodniarzy, odsłoniły najgłębszą tajemnicę jego świętości. Nie było w nich cienia buntu, skargi na okrutny los czy przekleństwa rzuconego na prześladowców. Jan dziękował Bogu za wszystko – za blask ambony i za ciemność wygnania, za miłość ludu i za zdradę braci, za kielich goryczy i za koronę chwały. Jego doczesne szczątki spoczęły w grobie obok męczennika Bazyliszka, z dala od pałaców Konstantynopola, lecz jego pamięć zaczęła płonąć na ołtarzach całego chrześcijańskiego świata.
Ekspiacja cesarza i triumf relikwii
Sprawiedliwość Boża, która w oczach świata wydaje się niekiedy spóźniona, upomniała się o swego sługę z nieodpartą mocą. Prześladowcy Jana schodzili ze sceny dziejów w hańbie i nieszczęściu: Eudoksja zmarła wkrótce po wygnaniu arcybiskupa w straszliwych męczarniach połogowych, Arkadiusz odszedł w zapomnieniu w młodym wieku, a wrogowie w episkopacie musieli patrzeć, jak imię Złotoustego wraca do dyptyków liturgicznych. Lud Konstantynopola nigdy nie pogodził się z utratą swego ojca, żądając od kolejnych patriarchów publicznej rehabilitacji męczennika prawdy.
Dziejowe zadośćuczynienie dokonało się ostatecznie w styczniu 438 roku, za panowania cesarza Teodozjusza II, syna Arkadiusza i Eudoksji. Za namową świętego patriarchy Proklosa cesarz zarządził uroczystą translację nienaruszonych relikwii Chryzostoma z dalekiej Komany do stolicy imperium. Gdy flotylla wioząca relikwiarz wpłynęła na wody Bosforu, całe miasto wyległo na brzegi; wody cieśniny pokryły się tysiącami łodzi z płonącymi świecami, a powietrze drżało od dziękczynnych śpiewów. Jan powracał do swej stolicy nie jako skazaniec, lecz jako wieczny zwycięzca.
W bazylice Świętych Apostołów doszło do sceny, która przeszła do annałów Kościoła jako jeden z najbardziej poruszających aktów pokuty monarszej. Cesarz Teodozjusz II podszedł do trumny świętego, zdjął z głowy cesarski diadem i przypadłszy twarzą do relikwiarza, ze łzami błagał Złotoustego o wybaczenie win swoich rodziców, którzy sprowadzili na niego niesprawiedliwe wygnanie. Gdy ciało pasterza złożono na patriarszym tronie, zebrany tłum miał usłyszeć z jego ust cudowne liturgiczne pozdrowienie: „Pokój wam wszystkim”. Złoto wypróbowane w ogniu prześladowań zajaśniało pełnym, niegasnącym blaskiem.
Niezłomny testament dla znużonych pokoleń
Święty Jan Chryzostom pozostaje dla współczesnego Kościoła nieprzemijającym wyrzutem sumienia i zarazem bezpiecznym drogowskazem na czas zamętu. W epoce, w której prawda bywa tak często poświęcana na ołtarzu doraźnej korzyści, wygody czy politycznej poprawności, jego postawa przypomina o absolutnym prymacie Boga nad wszelkimi ziemskimi układami. Jan uczy nas, że Ewangelia nie podlega negocjacjom, a zadaniem chrześcijanina nie jest dostosowywanie nauki Chrystusa do upodobań tego świata, lecz nieugięte przemienianie świata mocą Krzyża.
Jego teologia, zakorzeniona w eucharystycznym realizmie i wypływającej zeń bezwzględnej trosce o najsłabszych, wzywa do odrzucenia pozornej pobożności, która nie przynosi owoców w życiu społecznym. Złotousty z Pontu woła nieustannie do kapłanów o odwagę głoszenia prawdy bez względu na gniew możnych, a do wiernych świeckich – o dostrzeżenie Chrystusa cierpiącego w ludziach odrzuconych i wzgardzonych. Pokazuje nam, że jedyną miarą wielkości człowieka jest jego wierność łasce, która potrafi przemienić najcięższy krzyż w bramę do chwały zmartwychwstania.
Wpatrując się w jego postać, odnajdujemy lekarstwo na współczesny lęk przed cierpieniem i odrzuceniem. Święty doktor Kościoła uczy nas stawać przed obliczem Najwyższego z sercem pełnym dziecięcego zaufania, gotowym powtórzyć za nim w każdej ciemności życia owe zbawienne słowa: Chwała Bogu za wszystko. W tym dziękczynieniu mieści się bowiem ostateczne zwycięstwo nad światem, zepsuciejącym ciałem i samą śmiercią – zwycięstwo, którego rękojmią jest Zmartwychwstały Pan królujący na wieki wieków.
[1] Martyrologium Romanum, Editio Typica, Typis Vaticanis, Civitas Vaticana, 2004, s. 514.
[2] Missale Romanum, Editio Typica Tertia, Typis Vaticanis, Civitas Vaticana, 2002, s. 805.
[3] Liturgia Horarum, Editio Typica Altera, Typis Polyglottis Vaticanis, 1985, t. IV, s. 1201–1212.
[4] Biblia Tysiąclecia, Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Wydanie V, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań, 2003.
[5] Benedictus PP. XVI, „De Sancto Ioanne Chrysostomo”, Audientia Generalis, Typis Vaticanis, diebus 19 et 26 Septembris 2007.
[6] Palladius, Dialogus de vita Sancti Joannis Chrysostomi, Sources Chrétiennes, Cerf, Paris, 1988.
[7] J. N. D. Kelly, Golden Mouth: The Story of John Chrysostom - Ascetic, Preacher, Bishop, Cornell University Press, Ithaca, 1998, s. 115–286.
(*) Wizerunki świętych i błogosławionych oraz inne grafiki generowane przez AI na podstawie opisów i innych dostępnych materiałów graficznych.
