
W sercu trzynastowiecznych Marchii Ankońskich, w skromnym miasteczku Sant'Angelo in Pontano, cisza małżeńskiego domu Compagnona de Guariente i Amaty de Guidiani przez długie lata naznaczona była tęsknotą za potomstwem. Oboje małżonkowie, zakorzenieni w głębokiej wierze i ewangelicznej prostocie, nie szukali pociechy w zgiełku świata, lecz zwrócili swoje stroskane serca ku orędownictwu wielkich świadków wiary. Podjąwszy uciążliwą pielgrzymkę do sanktuarium św. Mikołaja w Bari, u stóp grobu licyjskiego biskupa wymodlili dar nowego życia. Otrzymali wówczas wewnętrzne zapewnienie, że ich prośba została wysłuchana, a syn, który przyjdzie na świat, stanie się szczególnym naczyniem Bożej chwały.

Gdy około 1245 roku narodził się chłopiec, rodzice bez wahania nadali mu imię Mikołaj, oddając jego losy w ręce niebieskiego patrona. Dziecięctwo przyszłego cudotwórcy upływało w atmosferze modlitwy, powściągliwości i miłości do ubogich, którzy nigdy nie odchodzili głodni z progu rodzinnego domostwa. Mały Mikołaj wcześnie wykazywał skłonność do milczenia i kontemplacji, znajdując większą radość w nawiedzaniu świątyń i słuchaniu słowa Bożego niż w dziecięcych zabawach. W jego wrażliwej duszy kiełkowało ziarno powołania, które niebawem miało wydać obfity owoc w cieniu reguły biskupa z Hippony.
Środowisko Marchii, naznaczone wówczas rozkwitem życia eremickiego i franciszkańskim fermentem duchowym, sprzyjało radykalnym wyborom. Compagnon i Amata nie sprzeciwiali się pragnieniom syna, dostrzegając w nim odblask Bożej pieczęci. Już jako młodzieniec Mikołaj został przyjęty do stanu duchownego, otrzymując tonsurę i niższe święcenia, co otworzyło przed nim perspektywę bezpiecznego beneficjum kanonickiego. Boże drogi biegły jednak w zupełnie innym kierunku, z dala od kościelnych godności i ziemskiego splendoru.
Pewnego dnia młody Mikołaj wstąpił do kościoła braci eremitów św. Augustyna, by wysłuchać kazania znakomitego kaznodziei, ojca Reginalda z Monterubbiano. Tematem rozważania były słowa z Pierwszego Listu św. Jana, przestrzegające przed miłością świata i tym wszystkim, co na świecie przemija. Kaznodzieja z niezwykłą żarliwością malował znikomość doczesnych zaszczytów, kruchość ludzkiej chwały oraz wieczną trwałość Tego, który wypełnia wolę Ojca. Słowa te uderzyły w serce Mikołaja z siłą pioruna, rozbijając wszelkie dotychczasowe plany na przyszłość.
W tamtej jednej chwili młodzieniec zrozumiał, że nie może dłużej dzielić serca między świat a Chrystusa. Prawda o znikomości stworzenia odsłoniła przed nim nieskończone piękno Stwórcy, wzywając do całkowitego ogołocenia. Nie zwlekając, po zakończeniu nabożeństwa udał się do furty zakonnej augustianów i upadłszy na kolana przed przełożonym, błagał o przyjęcie w poczet braci. Zrezygnował z kanonickich perspektyw i rodzinnego majątku, wybierając czarny habit, ubóstwo i surową dyscyplinę monastyczną.
Nowicjat stał się dla Mikołaja szkołą heroicznego posłuszeństwa i wewnętrznego skupienia. Zakon Eremitów św. Augustyna, który zaledwie kilkanaście lat wcześniej przeszedł proces wielkiego zjednoczenia pod auspicjami Stolicy Apostolskiej, łączył tradycję samotniczą z apostolstwem w rozrastających się miastach. Młody zakonnik chłonął regułę Augustyna, która nakazywała mieć jedno serce i jedną duszę skierowaną ku Bogu, odnajdując w niej najdoskonalszą drogę do mistycznego zjednoczenia z Ukrzyżowanym.
Po złożeniu ślubów uroczystych i odbyciu gruntownych studiów teologicznych w różnych konwentach Marchii, Mikołaj otrzymał około 1270 roku święcenia kapłańskie z rąk biskupa Osimo. Wstąpienie na stopnie ołtarza nie było dla niego zwieńczeniem kariery, lecz wejściem w misterium męki Zbawiciela. Od pierwszego dnia sprawowania Mszy świętej ojciec Mikołaj celebrował Najświętszą Ofiarę z tak wielką czcią i drżeniem, że poruszał do głębi serca wszystkich obecnych. Jego twarz podczas konsekracji stawała się blada lub jaśniała nadprzyrodzonym blaskiem, a z oczu płynęły obfite łzy skruchy i wdzięczności.
Dla augustiańskiego kapłana ołtarz był Golgotą uobecnioną w czasie. Rozumiał on, że każda kropla Najświętszej Krwi ma nieskończoną moc gładzenia grzechów świata i kruszenia kajdan czyśćcowych. W jego posłudze kapłańskiej nie było ani odrobiny rutyny czy pośpiechu; każdy gest liturgiczny wypływał z adoracji Tego, który uniżył samego siebie aż do postaci chleba i wina. Wierni z okolicznych miast garnęli się do jego ołtarza, wyczuwając, że ów cichy zakonnik rzeczywiście obcuje z niewidzialnym Bogiem.
Posłuszeństwo zakonne prowadziło go przez różne klasztory: San Ginesio, Recanati, Maceratę i Cingoli. Wszędzie, gdzie się pojawiał, pozostawiał po sobie woń świętości i pokoju. Choć pragnął ukrycia w samotnej celi, jego przełożeni dostrzegali w nim niezwykły dar jednania zwaśnionych dusz i otwierania zatwardziałych serc. Mikołaj poddawał się wszystkim poleceniom bez sprzeciwu, widząc w głosie przeora czyste odzwierciedlenie woli Bożej, której podporządkował całe swoje doczesne istnienie.
Podczas pobytu w klasztorze w Cingoli Mikołaja ogarnęła głęboka rozterka duchowa dotycząca ostatecznego miejsca jego posługi. Tęsknił za pustelnią, za surową samotnością w leśnych ostępach, gdzie mógłby bez przeszkód trwać na nieustannej kontemplacji. W modlitwie przed krucyfiksem błagał Pana o wskazanie drogi, która najbardziej przysłuży się Jego chwale. Pewnej nocy, pogrążony w żarliwej prośbie, usłyszał wyraźny, wewnętrzny głos: Do Tolentino, do Tolentino; tam trwaj i tam znajdziesz swoje zbawienie.
Tolentino było wówczas miastem rozdartym przez krwawe walki frakcyjne pomiędzy stronnictwami gibelinów i gwelfów. Ulice spływały krwią bratobójczych sporów, rodziny trwały w nienawiści, a demoralizacja i przemoc zatruwały codzienne życie mieszkańców. Wysłanie Mikołaja do tego wrzącego kotła w 1275 roku wydawało się z ludzkiego punktu widzenia skazaniem delikatnego mistyka na konfrontację z potęgą zła. Zakonnik przybył tam jednak nie z orężem ludzkiej mądrości, lecz z krzyżem i nieprzebranym skarbem cierpliwości.
Tolentino miało stać się jego domem na ostatnie trzydzieści lat życia – miejscem, z którym jego imię zrosło się nierozerwalnie w pamięci Kościoła. Zamieszkawszy w tamtejszym klasztorze augustiańskim, Mikołaj natychmiast podjął apostolstwo obecności, modlitwy i pokuty. Nie zrażał się wrogością ani grubiaństwem zwaśnionych rodów; zamiast potępiać grzeszników, brał na własne barki ciężar ich nieprawości, zanosząc przed tabernakulum nieustanne błagania o zmiłowanie nad ginącym miastem.
Sytuacja społeczna Tolentino domagała się cudu pojednania. Mikołaj wychodził na place, zaułki i rynki, gdzie zbierali się uzbrojeni stronnicy wrogich obozów. Jego pojawienie się w ubogim habicie, z pochyloną głową i spojrzeniem pełnym łagodności, działało na zatwardziałe sumienia niczym balsam. Przemawiał głosem cichym, lecz przenikającym do szpiku kości; nie używał wyszukanej retoryki, ale słów Ewangelii tchnących Duchem Świętym. Przypominał o nieuchronności śmierci, o sądzie Bożym i o wiecznym potępieniu tych, którzy trwają w nienawiści ku braciom.
Wielokrotnie stawał pomiędzy obnażonymi mieczami, ryzykując własne życie, by powstrzymać rozlew krwi. Pod wpływem jego kazań najbardziej zatwardziali zabójcy i herszci band rzucali broń na ziemię, padali do jego stóp i prosili o pojednanie z Bogiem i sąsiadami. Mikołaj prowadził ich do konfesjonału, gdzie spędzał długie godziny od wczesnego świtu aż do zmierzchu. Sakrament pokuty był w jego rękach narzędziem prawdziwego zmartwychwstania dusz; nie odrzucał nikogo, a najcięższe pokuty nakładał... samemu sobie, odprawiając posty za nawróconych penitentów.
Dzięki jego niestrudzonej posłudze oblicze Tolentino zaczęło ulegać głębokiej przemianie. Zgoda zapanowała w domach, które od pokoleń żyły w zemście rodowej; dłużnikom darowywano winy, a skłóceni obywatele zasiadali do wspólnego stołu. Mikołaj stał się dla miasta żywą ikoną Chrystusowego błogosławieństwa dla wprowadzających pokój. Wszyscy mieszkańcy, od zamożnych kupców po najuboższych żebraków, zaczęli widzieć w nim ojca i niebieskiego obrońcę swojej małej ojczyzny.
Najbardziej charakterystycznym rysem świętości Mikołaja z Tolentino, który na wieki wyrył się w duchowości Kościoła, stało się jego mistyczne pośrednictwo na rzecz dusz czyśćcowych. Początek tej szczególnej misji miał miejsce w klasztorze w Valmanente koło Pesaro. Pewnej nocy, podczas modlitwy, Mikołaj usłyszał żałosny głos błagający o ratunek: Bracie Mikołaju, spójrz na mnie, jestem twoim zmarłym bratem Peregrynem! Zjawa ukazała mu bezmiar czyśćcowego ognia i tłumy cierpiących dusz, które nie mogły same sobie pomóc i wyczekiwały zmiłowania ze strony żyjących.
Duch zmarłego zakonnika błagał Mikołaja, aby ten przez siedem kolejnych dni odprawiał Mszę świętą w intencji wybawienia jego i innych udręczonych braci. Choć Mikołaj był wówczas zobowiązany do sprawowania liturgii w innych intencjach klasztornych, za zgodą przeora podjął to heroiczne wstawiennictwo. Przez tydzień kapłan składał na ołtarzu Ciało i Krew Pańską, łącząc bezkrwawą Ofiarę z surowymi umartwieniami i nieustannym płaczem. Po upływie siedmiu dni brat Peregryn ukazał mu się ponownie, tym razem w szacie śnieżnobiałej, jaśniejącej chwałą niebios, dziękując za wyzwolenie z czyśćcowej kaźni i zapowiadając, że dzięki jego modlitwom niezliczone dusze wstąpiły do raju.
Wydarzenie to zapoczątkowało praktykę zwaną później Siedmiodniem św. Mikołaja (Septenarium), stanowiącą fundament liturgicznego wstawiennictwa za zmarłych. Od tamtej pory augustiański mistyk stał się niestrudzonym orędownikiem Kościoła cierpiącego. Rozumiał on tajemnicę Świętych Obcowania nie jako abstrakcyjną ideę, lecz jako żywą więź miłości łączącą pielgrzymów na ziemi z tymi, którzy w ogniu tęsknoty oczyszczają się przed ujrzeniem oblicza Najwyższego. Leon XIII ogłosił go później szczególnym patronem dusz w czyśćcu cierpiących, pieczętując jego eucharystyczny charyzmat.
Asceza św. Mikołaja z Tolentino budziła zdumienie nawet w surowych realiach średniowiecznego monastycyzmu. Przez całe dziesięciolecia nie spożywał mięsa, jaj ani nabiału; jego codziennym pokarmem był suchy chleb, odrobina gotowanych warzyw bez soli oraz czysta woda. Jadł tylko raz dziennie, wieczorem, po całym dniu wyczerpującej pracy duszpasterskiej. Jego posłanie stanowiły twarde deski lub goła ziemia, a pod głowę kładł kamień zamiast poduszki. Krótki sen, trwający zaledwie trzy lub cztery godziny, przerywał na modlitwę brewiarzową i nocne czuwania.
Na nagim ciele nosił ciężki żelazny łańcuch oraz szorstką włosiennicę, które z biegiem lat wrosły w jego poranioną skórę. Współbracia niejednokrotnie słyszeli dochodzące z jego celi odgłosy surowego biczowania, którym poddawał się w intencji nawrócenia grzeszników i ulgi dla dusz czyśćcowych. W tym heroicznym umartwieniu nie było jednak cienia ponuractwa czy pogardy dla stworzenia; twarz Mikołaja pozostawała zawsze pogodna, promieniująca niewysłowioną słodyczą i pokojem. Jego ciało stawało się przezroczystym naczyniem dla Ducha, poddanym całkowicie prawu łaski.
Gdy szatan usiłował złamać jego wierność, zjawiając się pod postacią przerażających bestii lub podsuwając mu pokusy zniechęcenia i rozpaczy nad własnymi siłami, święty chronił się pod płaszcz Matki Bożej. Mówił do kusiciela z niezłomną wiarą, że Chrystus zwyciężył śmierć i piekło, a sługa krzyża nie lęka się cieni. Zwycięstwo nad zasadzkami złego ducha rodziło w nim jeszcze większe współczucie dla ludzi uwikłanych w sidła grzechu, którym służył w konfesjonale z anielską cierpliwością.
Wyczerpujące posty, nieustanne czuwania i surowość klimatu doprowadziły w pewnym momencie do skrajnego wycieńczenia organizmu Mikołaja. Ciężka choroba przykuła go do łoża; trawiony gorączką, nie był w stanie przyjmować żadnego pokarmu, a lekarze i bracia zakonni obawiali się o jego życie. Z posłuszeństwa wobec przełożonych próbował spożyć odrobinę mięsa, lecz jego żołądek odrzucał wszelki posiłek. Gdy wydawało się, że kres jego ziemskiej wędrówki jest bliski, niebiosa otworzyły się nad umierającym zakonnikiem.
W widzeniu mistycznym ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna w towarzystwie św. Augustyna i św. Moniki. Matka Boża z macierzyńską czułością poleciła mu, aby poprosił o kawałek świeżego chleba pszennego, zanurzył go w wodzie i spożył w Jej imieniu, obiecując natychmiastowe odzyskanie sił. Mikołaj uczynił dokładnie tak, jak nakazała Królowa Niebios. Zaledwie przełknął zwilżony chleb, wszelka niemoc ustąpiła, a jego ciało odzyskało pełnię zdrowia i wigoru do dalszej posługi.
Cud ten dał początek tradycji wypiekania i błogosławienia tak zwanych Bułeczek św. Mikołaja (Panetti di San Nicola), praktykowanej w Kościele po dziś dzień. Święty zaczął rozdawać ten pobłogosławiony chleb chorym, cierpiącym i kobietom w trudnych połogach. Niezliczone świadectwa potwierdzały, że spożycie bułeczki z wiarą i modlitwą do Matki Bożej oraz św. Mikołaja przynosiło cudowne uzdrowienia z najcięższych chorób, gasiło pożary i ratowało rozbitków na morzu. W tym prostym znaku chleba objawiła się teologia miłosierdzia: Bóg posługuje się tym, co najskromniejsze, by leczyć rany swoich dzieci.
Pod koniec życia mistyka z Tolentino mieszkańcy miasta oraz bracia zakonni byli świadkami niezwykłego zjawiska, które trwale weszło do ikonografii świętego. Nad dachem klasztoru augustianów zaczęła pojawiać się jasna, promienna gwiazda. Nie poruszała się ona zwykłym rytmem ciał niebieskich, lecz wędrowała po nieboskłonie, zatrzymując się bezpośrednio nad celą ojca Mikołaja, a następnie przesuwając się w stronę ołtarza głównego w kościele, gdzie kapłan sprawował Najświętszą Ofiarę.
Zjawisko to powtarzało się wielokrotnie, budząc pobożny podziw i trwogę mieszkańców. Gdy pytano Mikołaja o znaczenie tej niezwykłej światłości, zakonnik w swojej głębokiej pokorze milczał lub prosił, by nie rozgłaszano tego wydarzenia, przypisując wszystko miłosierdziu Bożemu. Dla współbraci było jednak jasne, że gwiazda ta była widzialnym znakiem Bożej obecności, zwiastującym rychłe przejście sługi Pańskiego do chwały wieczystej. Odblask tej niebiańskiej jasności malował się na twarzy Mikołaja, która w ostatnich miesiącach życia zdawała się już należeć do innego świata.
Ikonografia chrześcijańska po dziś dzień ukazuje św. Mikołaja z gwiazdą jaśniejącą na piersi lub unoszącą się nad jego głową. Symbol ten przypomina o słowach proroka Daniela o tych, którzy nauczyli wielu sprawiedliwości i będą świecić jak gwiazdy na wieki wieków. Światło z Tolentino nie było blaskiem ziemskiej chwały, lecz odbiciem niestworzonej światłości Chrystusa, którą święty nosił w swoim czystym i zranionym miłością sercu.
Działalność duszpasterska św. Mikołaja nie ograniczała się do murów świątyni i klasztornej celi. Każdego dnia przemierzał ubogie dzielnice Tolentino, zaglądając do najnędzniejszych lepianek, w których wegetowali chorzy, starcy i opuszczeni przez wszystkich nędzarze. Przynosił im nie tylko chleb i odzież wyżebraną u zamożniejszych mieszczan, lecz przede wszystkim pociechę słowa Bożego i czułość, jakiej nigdy w życiu nie zaznali. Własnymi rękami obmywał ropiejące rany trędowatych, karmił sparaliżowanych i sprzątał zaniedbane izby.
W jego posłudze charytatywnej nie było cienia protekcjonalności. Mikołaj klękał przed żebrakami, widząc w nich sakrament ubogiego Chrystusa. Z niezwykłą delikatnością potrafił wspierać zubożałe rodziny szlacheckie, które wstydziły się jawnego żebrania, podrzucając im wsparcie w tajemnicy pod osłoną nocy. Posiadał także rzadki dar proroczy i umiejętność czytania w ludzkich sumieniach; wielokrotnie uprzedzał grzeszników przed grożącym im niebezpieczeństwem duchowym lub pocieszał strapionych, zanim ci zdążyli wypowiedzieć swój ból.
Jego miłosierdzie obejmowało również dzieci, które otaczał szczególną troską i błogosławieństwem. Rodzice z całego regionu przynosili do niego swoje chore niemowlęta, a dotknięcie jego kapłańskich dłoni przywracało zdrowie umierającym. W ten sposób Mikołaj realizował najgłębszy sens augustiańskiej caritas – miłości, która nie szuka swego, lecz staje się wszystkim dla wszystkich, aby za wszelką cenę zbawić przynajmniej niektórych.
Wyczerpane ciało świętego zakonnika poddało się ostatecznie w lecie 1305 roku. Przeczuwając zbliżający się koniec, Mikołaj poprosił o udzielenie mu ostatnich sakramentów. Przyjęcie Wiatyku było dla niego momentem ekstatycznego zjednoczenia z Oblubieńcem; ze łzami w oczach wyznawał wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, powierzając Jego miłosierdziu całe swoje życie i wszystkie dusze, za które składał ofiary. Wokół jego łoża zgromadzili się płaczący współbracia, którym dziękował za cierpliwość i prosił o przebaczenie za wszelkie uchybienia przeciwko regule zakonnej.
W ostatnich dniach przed śmiercią jego cela napełniła się cudowną wonią lilii i róż, a świadkowie słyszeli anielskie śpiewy unoszące się nad klasztorem. Mikołaj, trzymając w dłoniach krucyfiks, nieustannie szeptał słowa dziękczynienia i modlitwy za Kościół. W poniedziałek, 10 września 1305 roku, z uśmiechem na ustach i wzrokiem utkwionym w niebie, oddał swego czystego ducha w ręce Ojca. Miał około sześćdziesięciu lat, z których większość spędził na modlitwie za żywych i umarłych.
Śmierć sługi Bożego stała się dla Tolentino dniem żałoby narodowej i zarazem paschalnego triumfu. Dzwony kościelne rozbrzmiały radosnym tonem, a tłumy mieszkańców wyległy na ulice, by oddać hołd swojemu ojcu i obrońcy. Ludzie dotykali jego ciała różańcami, tkaninami i chustami, a przy jego trumnie natychmiast zaczęły dziać się liczne cuda uzdrowień: niewidomi odzyskiwali wzrok, chromi zaczynali chodzić, a opętani doznawali wyzwolenia od mocy ciemności. Tolentino zrozumiało, że zyskało potężnego orędownika w niebie.
Kult św. Mikołaja rozwijał się z niezwykłą dynamiką. Zaledwie dwadzieścia lat po jego śmierci papież Jan XXII otworzył proces kanonizacyjny, podczas którego zaprzysiężono i zbadano ponad trzysta siedemdziesiąt cudów zdziałanych za jego wstawiennictwem. Niestety, burzliwe wydarzenia epoki awiniońskiej i późniejsza schizma zachodnia opóźniły ostateczne ogłoszenie świętości. Uczynił to uroczyście dopiero papież Eugeniusz IV w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 5 czerwca 1446 roku, wpisując augustiańskiego pustelnika do katalogu świętych Kościoła powszechnego jako pierwszego zakonnika swojego zakonu.
Niezwykłym znakiem towarzyszącym kultowi relikwii świętego stał się tak zwany Cud Krwi. W 1345 roku pewien niemiecki mnich usiłował potajemnie odciąć ramiona z nienaruszonego ciała świętego, aby wywieźć je do swojej ojczyzny. W chwili ucięcia z ramion trysnęła żywa, świeża krew, obficie zraszając posadzkę i obnażając świętokradztwo. Odrąbane ramiona umieszczono w srebrnych relikwiarzach; przez kolejne stulecia, w momentach wielkich kryzysów, wojen lub epidemii zagrażających Kościołowi i miastu, relikwie te wielokrotnie na nowo krwawiły, wydzielając przy tym cudowny, niebiański zapach.
Święty Mikołaj z Tolentino stał się jednym z najbardziej ukochanych patronów renesansowej i barokowej Europy, a hiszpańscy i portugalscy misjonarze zanieśli jego kult do obu Ameryk i na Daleki Wschód. Wzywano go jako obrońcę przed zarazą, patrona marynarzy, orędownika w sprawach beznadziejnych i nade wszystko niestrudzonego wybawiciela dusz z czyśćca. Jego bazylika w Tolentino, ozdobiona wspaniałymi freskami szkoły z Rimini, po dziś dzień pozostaje bijącym sercem pielgrzymkowym i pomnikiem wiary, która góry przenosi.
Dla wspólnoty wierzących gromadzącej się wokół ołtarza w Chojnie postać św. Mikołaja z Tolentino jaśnieje jako bezcenny drogowskaz w epoce zamętu, pośpiechu i duchowego osamotnienia. Współczesny człowiek, skłonny do spychania myśli o śmierci i rzeczach ostatecznych na margines świadomości, znajduje w augustiańskim świętym cichego mistrza eschatologicznej odpowiedzialności. Mikołaj przypomina nam, że nasza ziemska pielgrzymka jest zaledwie przedsionkiem wieczności, a miłość ma moc przekraczania progu grobu poprzez modlitwę, post i Ofiarę eucharystyczną.
Jego życie uczy nas także sztuki wprowadzania pokoju w świecie rozdartym podziałami, sporami i znieczulicą serc. Przebaczenie, które głosił na ulicach Tolentino, nie było tanim kompromisem, lecz owocem ukrzyżowania własnego egoizmu i zaufania Temu, który na krzyżu zburzył mur wrogości. Błogosławiony chleb św. Mikołaja wzywa nas do dzielenia się chlebem powszednim z głodnymi i stawania się chlebem dobroci dla tych, którzy cierpią duchowy głód miłości i akceptacji.
Wpatrując się w niebiańską gwiazdę jaśniejącą nad jego skronią, Kościół odnawia swoje powołanie do bycia solą ziemi i światłością świata. Święty Mikołaj z Tolentino woła do każdego z nas, byśmy nie lękali się radykalizmu Ewangelii, lecz z odwagą weszli na drogę modlitwy, która wyrywa dusze z ciemności i wprowadza je w wiekuisty odpoczynek u tronu Baranka. Jego ciche orędownictwo pozostaje niewyczerpanym źródłem nadziei dla wszystkich, którzy z wiarą wołają o Boże miłosierdzie nad światem.
[1] Martyrologium Romanum, Editio Altera, Typis Vaticanis, 2004, s. 509. [2] Missale Romanum, Editio Typica Tertia, Typis Vaticanis, 2002; Liturgia Horarum, t. IV, s. 1290-1296. [3] Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2000. [4] Eugenius IV, Bulla Canonizationis «Splendor Paternae Gloriae», Romae 1446. [5] N. Concetti OSA, San Nicola da Tolentino: Storia della sua vita e del suo culto, Tolentino 1932. [6] Acta Sanctorum, Septembris, Tomus III, Antverpiae 1750, s. 636-743. (*) Wizerunki świętych i błogosławionych oraz inne grafiki generowane przez AI na podstawie opisów i innych dostępnych materiałów graficznych.